Właśnie te myśli pojawiły się w mojej głowie, kiedy chciałam napisać pierwsze słowa na temat książki. Kilkanaście słów, pięć linijek. Tak trudno pisać o czymś, co jest tak ogromnym osobistym wyznaniem. 

„Incognito” to w pewnym sensie spowiedź, proces wyrzucenia z siebie tego, co od lat zalega w środku. Autorka często stawia pytanie, kim jest. Ma ogromną chęć odnalezienia swojej tożsamości.

Tibor czy Noémi? Kiedy idzie ulicą, kiedy reagują na nią ludzie. Kiedy w końcu spotyka się ze społecznym wyobcowaniem, brutalnym odrzuceniem, ale też brakiem zrozumienia ze strony rodziny, która notabene w całej swej patologii tak bardzo utrudnia bycie i istnienie.

Lęk przed wyjściem z domu, spojrzeniem ludziom w twarz. To wszystko jedynie potęgowało wątpliwości bohaterki i mnożyło pytania — kim jestem. Są w tej spowiedzi momenty symboliczne jak wybranie żeńskiego imienia, które w pewien sposób pieczętuje to, kim czuje się bohaterka, jednak również moment, kiedy Tibor chce pozbyć się rzeczy Noémi. Zamknąć temat.

Otwieram zamaszyście drzwi, chwytam opartą o ścianę łopatę, uderzam nią w rynnę, w kojec dla psa, uderzam ile sił mi starcza, mama i tata nie mają odwagi podejść bliżej, rzucam się na ziemię, moje łzy mieszają się z błotem, jedno uderzenie serca.

Nie jest to jedynie obraz zmagającego się z tożsamością człowieka, ale również dla czytelnika chwila, kiedy warto się zastanowić, w jaki sposób odbieramy inność, bo autorka pokazuje nam co czuła, kiedy ta inność była, przez nas, społeczeństwo oceniana.

Lektura nie jest obszerna, ale za to każda z 172 stron przesiąknięta jest niesłychanie istotnym przekazem, którego wartości nie da się przecenić. Każde słowo w książce ma znaczenie nie ma pustych zapychaczy. To książka, którą dziś powinien przeczytać każdy.

Spowiedź nie kończy się kropką, a znakiem zapytania, z którym autorka żyje do dnia dzisiejszego.

Recommended Posts