„Zakonnice odchodzą po cichu” Marta Abramowicz

Jako dziecko wraz z rodzicami odwiedziłam jeden jedyny raz moją ciotkę, która była zakonnicą. Pamiętam niewielki pokój do którego ją przyprowadzono, a w tym pokoju siedziała z nami jeszcze inna zakonnica. Kontakt z ciocią urwał się kiedy przeniesiono ją do innej placówki. Tyle wiem, tyle pamiętam, jednak zostało to w mojej głowie raczej jako nieprzyjemne wspomnienie.

Pierwsze takie mocne tąpnięcie burzące obraz ciepłej i opiekuńczej siostry zakonnej pamiętam po reportażu Justyny Kopińskiej na temat Bernadetty. Znowuż kiedy na rynku ukazał się reportaż „Zakonnice odchodzą po cichu” slyszałam w mediach że autorka, Marta Abramowicz, przerywa pewne tabu. Przyznam, że nie wiem czy jest to dobre określenie, wydaje mi się że Abramowicz robi coś więcej. Autorka przede wszystkim przypomina nam o zakonnicach, jako o grupie kobiet, o której istnieniu wiemy, ale nadal wiedza na jej temat jest na równi ze stereotypem. Jak bardzo trzeba się odczłowieczyć, pozbawić podstawowych praw, aby być bliżej boga? 

Jak zaznacza Abramowicz, która zajmuje się tak zwanymi grupami hidden czyli grupami ukrytymi, musiała mocno się napracować, aby po pierwsze dotrzeć do byłych zakonnic, a po drugie przekonać je do podzielenia się swoją historią. Na szczęcie dzięki uporowi autorki udało się i oto co dostaliśmy.

Abramowicz jest pośrednikiem swoich rozmówczyń, które pokazują nam świat obdarty z praw i godności. Wykończone emocjonalnie kobiety, które chciały zawierzyć życie bogu. Tym czasem ich życie sprawnie zostaje przechwycone przez matkę przełożoną która wskazuje kobietom gdzie ich miejsce i jaka ich rola. I tak, ideały typu pomoc ludziom nagle okazują się mniej ważne od codziennych obowiązków w klasztorze.

– Siostry się spóźniły. Pójdą więc teraz i odświeżą chlewik -mówi przełożona Anna o godzinie dwudziestej drugiej.

Byłyśmy u chorych… – próbuje tłumaczyć Maksymiliana

Za długo – ucina Anna

Praca przy chorych? Być może, ale po wszystkich obowiązkach wobec Boga i wspólnoty. Najpierw brewiarz, modlitwa, medytacja, potem sprzątanie, posiłki i rekreacja.

Bogiem staje się siostra przełożona. Ona nakazuje, zakazuje i wyznacza drogę do świętości. 

Habit, zdaniem sióstr, można było prać dwa razy w roku i tylko ręcznie, żeby się nie zniszczył. Nigdy też nie liczyła, ile razy się myła w danym miesiącu, więc mogło się okazać, że więcej, niż miała zgodę. Bo i o pranie, i o mycie trzeba było raz w miesiącu poprosić przełożoną.

Abramowicz zestawia w swojej książce to co „tam” za murami zakonu i to co „tu” już poza instytucją. Dysonans między tym co siostry chciały robić, a tym co zastały wzbudza niemałe emocje. Pokrzepia jednak sam fakt że odeszły, a w zderzeniu z życiem poza klasztornym zauważyły jak zakon niszczy i sprowadza zakonnice jedynie do roli służebnicy.

Jestem przeciwna instytucji kościoła więc książka była dla mnie obowiązkową lekturą i jedynie upewniła mnie w mojej ocenie. Myślę też, i to taka smutna konkluzja, że reportaż  Abramowicz nic nie zmieni, poza tym że milczenie za murami zakonu stanie się jeszcze bardziej rygorystyczne.

Trzeba oczywiście oddać to że nie jest to praca naukowa więc przedstawia jedynie obraz wybranej grupy do której udało się dotrzeć autorce. Co nie zmienia faktu, że uchyla to rąbek tego co za drzwiami klasztoru.

Reportaż podsuwa również pytanie czy warto być służebnicą która spędza w klasztorze prawie całe swoje życie na kolanach, czy aktywnie działającą i wspierającą. Czy warto stać się więźniarką swojego wyboru, która trwa w poczuciu winy ponieważ decyzja o wyjściu jest coraz silniejsza. Te pytania to jedynie garstka tego co powstawało mi w głowie.

Egzemplarz który otrzymałam od krytyki Politycznej, jest wydaniem poszerzonym o komentarze medialne. Nie ma w nich większego zaskoczenia szczególnie po prawej stronie. 

Leave a Comment

Contact Us

Not readable? Change text. captcha txt

Start typing and press Enter to search