Nigdy wcześniej nie miałam okazji czytać książek Johna D. MacDonalda. Pomyslałam, że skoro na polskim rynku pojawiło się wznowienie kolejnego tomu z cyklu Travis McGee, to jest to dobra okazja, aby skorzystać i uzupełnić tę zaległość. Kiedy sięgamy po lekturę, która jest wydana w tomach, zawsze jest to ryzyko, że historia w oderwaniu od wcześniejszych wydarzeń, może stworzyć mętlik w głowach czytelników. Aby rozwiązać wątpliwości, napiszę od razu, że absolutnie nie miało to dla mnie różnicy i nie odczułam zagubienia i niedoboru informacji. Co ciekawe, książka została wydana również pod tytułem „Szybki czerwony lis”. Data premiery to 1964 rok – nawet nie było mnie jeszcze w planach. Bonusem jest zakotwiczenie fabuły w rzeczywistości lat sześćdziesiątych, możemy poczuć klimat i poznać otoczenie . A to wszystko osadzone w Ameryce lat 60 – tych.

Pewnego dnia, na jachcie głównego bohatera Travis’a McGee, zjawia się asystentka gwiazdy filmowej. Celebrytka jest w dość kłopotliwej sytuacji. W pewnym okresie swojego życia nie specjalnie zważała na to co robi. Ktoś w zgrabny sposób, chce to wykorzystać i gwiazda jest szantażowana. Jeśli kobieta nie spełni żądań, to opinia publiczna zobaczy krępujące zdjęcia. Krótko mówiąc, dobry wizerunek artystki może zostać bardzo nadszarpnięty. Detektyw nie będzie miał zbyt łatwej pracy, ponieważ grono podejrzanych nie należy wąskich. Dodatkowo poleje się krew i nie będzie aż tak nieskazitelnie czysto.

To zupełnie inny kryminał. Wyróżnia się na tle tych, które dotychczas czytałam. Nie jestem specjalistą od klasyfikowania fabuły, jednak czytając Przebiegłą i rudą, czułam się jakbym weszła w świat typowej, klasycznej powieści detektywistycznej z domieszką sensacji. Ciekawa przygoda. Nie ma co ukrywać, że zagdaka kryminalna nie jest jakoś specjalnie skomplikowana

i zaskakująca, ale droga, którą zmierza bohater do jej rozwiązania, dodaje smaczku. Do postaci też nie mam się jak przyczepić, ale to też jest właśnie urok  powieści kryminalnych z tamtych lat. Postaci skonstruowane z rzetelnością. Przykładowo nasz główny bohater nie jest postacią upadłą, która prowadzi śledztwa wiecznie zalana i unika kul tylko dlatego że jego zmęczone ciało poddaje się silnym podmuchom wiatru bądź nadmiernie sile grawitacji. To inteligentny detektyw z umiejętnością dedukcji, więc jeśli szukacie superbohatera to niestety, ale u Johna D. MacDonalda go nie znajdziecie.

Książka niezbyt obszerna, ale jak widać nie trzeba napisać cegły, aby historia była ciekawa i angażowała czytelnika. Wisienką na torcie jest  poczucie humoru. Bardzo lubię inteligentny wątek humorystyczny, w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

Na marginesie

Znacie film w reżyserii  Martina Scorsese pt. „Przylądek strachu” jest to adaptacja powieści Johna D. MacDonalda. Z resztą nie pierwsza ponieważ „Przylądek strachu” z roku 1991 jest remakiem. Polecam ekranizacje

Recommended Posts