Na samym wstępie postawmy sprawę jasno. To nie jest książka która ma się podobać. Nie odbieram jej jako czytadła dla rozrywki, ale jako kawałka świata, którego wcale do końca nie da się ubrać w słowa, a jednak Żulczyk był bardzo blisko.

To jedna z tych książek, które tak lubię, które nie są na raz i tylko dla rozrywki, ale które jednocześnie nie są powieścią onanisty intelektualnego. To już druga książka w tym roku, którą ilekroć będę czytać tyle samo razy wyciągnę z niej coś innego, coś nowego.

Moja książka, te prawie 900 stron wygląda jak pisanka wielkanocna. Pozakreślałam w niej tyle ważnych dla mnie fragmentów, oczywiście każdy innym kolorem, bo każdy odnosi się do „innej” mnie.

Każdy ma swój Zyborg, każdy urządzony po swojemu.

Moje książki właśnie w ten sposób żyją i myślą wraz ze mną.

Żulczyk nie pierdoli się z czytelnikiem, wywala mu prawdę prosto w twarz.

Trudno mi opisać to wszystko, spora część tej książki to ja, ja w tym metaforyczym znaczeniu swojego „ja”. To taka „prosta” książka, a jednocześnie niemożliwa do zrozumienia przez niektórych. Upadasz i czełgasz się wazem z bohaterami, pełzniesz po samym dnie bagna i nagle nie wiesz już czy to jeszcze książka czy dostrzegasz świat Żulczyka wokół siebie.

Recommended Posts